Cudny, wrześniowy dzień, jeden z tych, które w jakąś wyśnioną czarę piękna zamieniają Florencję i jej okolice, miał przed sobą nie więcej już jak godzinę życia.

Z wzniesienia, na którym stoi klasztor Franciszkanów w Fiesole, a nieco niżej kościół św. Aleksandra, słynny swymi piętnastu starożytnymi kolumnami i swoją bella veduta71 na całą dolinę Florencji i wynurzające się z poza Monte Albano szczyty Alp Apuańskich, zbiegało szybko dwoje młodych ludzi.

Spędzili większość dnia, błąkając się wśród starych, etruskich murów, strzegących tego dziwnie uroczego zakątka italskiej ziemi i chcieli jeszcze na zakończenie napaść oczy widokiem rozpoczynającej się glorii zachodu słońca, dla której taras owego kościoła jest takim właśnie nadzwyczajnym punktem obserwacji, teraz zaś śpieszno im było bardzo.

A choć w tym pośpiechu żadne z nich nie miało czasu na najprzelotniejszą nawet pantomimę miłosną, o! Z tych niesłychanie dyskretnych, po których jednak od pierwszego rzutu oka można w miejscach publicznych poznać młodą parę, odbywającą podróż poślubną, było w nich nie mniej coś nieuchwytnego, co świadczyło, że należą do tej interesującej kategorii turystów.

Trudniej przedstawiała się sprawa ich narodowości. Oboje byli kontrastowo dobrani, urodziwi i bardzo młodzi. Ona zwłaszcza, jasna blondynka, wyglądała prawie na pensjonarkę w swym krótkim, popielatym kostiumie i małym kapelusiku, omotanym popielatymi zwojami gazowego welona, którego pastelowy ton uwydatniał subtelnie świeżość ładnej, biało-różowej twarzyczki i błękit roześmianych, ciekawością i uciechą życia jaśniejących oczu.

Mężczyzna przedstawiał piękny, ale dosyć kosmopolityczny typ dobrze zbudowanego szatyna o znacznie jaśniejszym, mahoniowego odcienia wąsie i orzechowych oczach.

Że na dwoje mieli tylko jednego Baedeckera72, przeto nie mogli być Anglikami; że zaś tego Baedeckera wraz z jego okrywką niósł on, nie ona, to dowodziło jasno, że ojczyzną ich nie są Niemcy. Francuzi i Hiszpanie nie podróżują, mogli więc to być jedynie Słowianie.

Jakoż w połowie stromej i niewygodnej uliczki S. Francesco młodziutka kobieta, potykając się o jej śpiczaste kamienie, zawołała zdyszanym głosem po polsku:

— Spóźnimy się! Duśku! Zdaje mi się, że już słyszałam sygnał.

— Ależ nie, nie — uspokajał mąż. — Nie denerwuj się, Waluś!