Włoszka podniosła na pytającą przygasłe spojrzenie.

— On?... Mnie!... — wyrzekła z roztargnieniem i ponowiła śpiesznie: — Och! To niemożliwe... Rodzice jego mieszkają w tych stronach. I bardzo nie lubią, żeby się spóźnił na obiad. A ja... mieszkam daleko...

— Tym bardziej mi przykro, że... — zaczęła pani Walunia, ale tamta nie dała jej dokończyć, czyniąc ten sam, co poprzednio trochę trywialny ruch ręką:

— To nic! To nic! Zobaczymy się znowu niezadługo i...

— I macie państwo przed sobą całe życie do spędzenia razem — uzupełniła pani Walunia z uśmiechem. — To jedno mnie też pociesza w tym, żem85 tak mimo woli popsuła państwu zakończenie wycieczki.

— Całe życie — powtórzyła Włoszka dziwnym głosem. — O! Tak signora, całe życie... Jakie to będzie piękne!

I raptem parsknęła śmiechem do urwanego łkania podobnym.

Teraz pani Walunia była już całkowicie stropiona. Ogarnęło ją poczucie, że stąpa po jakimś niepewnym gruncie, który wciąż zapada się pod nią. Ale dlaczego?

— Pani mi daruje — ozwała się nieznajoma po chwili milczenia — jestem czasem bardzo niemądra. Plotę sama nie wiem co. Ale to miasto tak na mnie działa. Och! To miasto!

I rzeczywiście, w miarę, jak tramwaj przebiegał coraz ruchliwsze ulice, dążąc w śródmieście, twarz jej posępniała i jakby starzała się w blaskach zapalanych latarni. Prowadziła wciąż rozmowę ze swoją sąsiadką, ale jakby zwalczając ogarniające ją roztargnienie, a ukradkowe spojrzenia, wybiegające spod jej powiek, stawały się coraz częstsze i coraz niespokojniejsze.