— Bardzo możebne.
— Och! Biedna. Teraz już rozumiem, czemu tak posmutniała... Chociaż nie!... To niepodobna... Mnie by ostrzegł jakiś instynkt, jakiś wstręt, że to ”taka„. A to było przeciwnie... Nie! Duśku! Ty się chyba mylisz!
— No, no. Zobaczymy. Jeszcze ja ci ją pokażę.
W parę godzin później Tadeusz z żoną siedzieli przed wielką kawiarnią na placu Vittorio Emanuele, jak to bywało ich zwyczajem po zjedzeniu obiadu w pensjonacie.
Wieczór był prześliczny. Potoki księżycowego światła lały się z nieba; potoki przedrzeźniającej je elektryczności lały się z wielkich, lustrzanych okien kawiarni; a w tym podwójnym oświetleniu tonęły gęsto na asfalcie porozstawiane stoliki i pławili się obsiadający je goście. Muzyka wojskowa grała na placu; tłumy spacerujących przepływały jak gwarne i barwne fale, roznosiciele pism przenikliwymi głosami wykrzykiwali nazwy swoich dzienników. Dokoła stolików krążyły uśmiechnięte fioraje89 podsuwając gościom snopy róż i zaznaczając swe przejście smugą szkarłatu i woni.
Państwo Duśkowie byli w przepysznych humorach. Spotkali przypadkiem dobrego znajomego ze swoich stron, który był nawet drużbą na ich weselu i teraz siedzieli we trójkę przy jednym z najbardziej wysuniętych na plac stolików, jedząc granita90, wąchając róże i wybuchając co chwila tym łatwym śmiechem młodości i szczęścia, który tak prędko gubimy na gościńcu życia.
Rozochocony Tadeusz pomimo protestów pani Waluni opowiedział przyjacielowi jej dzisiejszą przygodę.
— I wyobraź sobie, Karolu — dodał z pewną przechwałką w głosie — że to moje anielstwo nie chciało wierzyć, jaka rybka ułowiła się w sieć jej niewinności.
— I jeszcze nie wierzę — odparła młoda kobietka energicznie potrząsając główką. — Zastanowiłam się nad tym i powtarzam. To niemożliwe! Dusiek się omylił!
On tymczasem aż podskoczył na krześle.