Pani Walunia obraziła się.

— Mój Duśku, bardzo cię proszę... Ja się właśnie umiem poznawać na ludziach. W domu wszyscy mi to przyznawali. I mama, i tatuś, i siostry... A przy tym to było takie widoczne, że oni się kochają!

— To jedno drugiemu nie przeszkadza.

— Duśku! Ty chyba żartujesz! Bo ja sobie wyobrażałam, że takie kobiety nie są zdolne kochać. A tamten?... On może nie wie, że ona... taka?

— Bądź spokojna. Wie doskonale.

— Jakże?... I mimo to?... Pamiętasz, tam na Monte Ceceri... jak jej sypał na głowę białe kwiaty. Wyglądali na taką poetyczną parę... Nic z tego wszystkiego nie rozumiem.

— Tym lepiej, Dzieciuś. — Nie zaprzątuj sobie tym głowiny.

— Ale kiedy mnie jej żal... Bo jeżeli on się z nią nie ożeni, a ona go kocha... Bo ona go bardzo kocha, Duśku. Przysięgłabym na to.

— Pocieszy się — odparł Tadeusz niedbale. — Zresztą, ręczę ci, że jej małżeństwo ani w głowie... Ot, tak. Plotła, bo jej to pochlebiano, że jej wierzysz.

— To zapewne dlatego nie odprowadzał jej do domu?... Wstydzi jej się. Prawda, Duśku?