Było w nim też coś takiego, że ludzie procesjami ciągnęli do domu jego rodziców, by na nie popatrzeć. I wtedy matka bywała zarzucana pytaniami, czy to jest dziewczynka czy chłopczyk i nieodmiennie rumieniąc się mimo woli odpowiadała:

— To jest Dziecko.

Z biegiem czasu coraz nowe anormalności zaczęły się objawiać w dziecku. Naprzód, gdy się nauczyło biegać i samo sobie radzić, przestało rosnąć. Lata mijały, a ono wciąż było śliczną, zgrabną, delikatną ludzką figurynką, o dziwnie głębokim, do dna duszy przenikającym spojrzeniu. Zdrowe było, ale milczące i gdy na nie wołano, nie odpowiadało, jakby nie słysząc. Matka w nieobecności męża wynajdywała dlań104 różne pieszczotliwe nazwy, by je ku sobie przywabić, lecz na próżno.

Nie było jednak głuche; wprost przeciwnie. Najlżejszy szelest niepokoił je; zaczynało trząść się i wodzić dokoła wystraszonymi oczętami a na widok obcych twarzy kryło się po kątach.

Nie pozwalało się dotknąć nikomu; nawet gdy matka próbowała je wziąć za rączkę i poprowadzić na przechadzkę, wnet czuła, że raczka wymyka się jej z dłoni i spostrzegała, że Dziecko odsuwa się od niej i stąpa z boku.

Raz rzekła mu w rozżaleniu:

— Czemu jesteś tak niedobre, dziecko moje? Czemu stronisz ode mnie, twej matki, i nie odezwiesz się nigdy, kiedy cię wołam?

A Dziecko spojrzało na nią swymi cudnymi, słodkimi oczyma i rzekło cichutko:

— Bo nie nazywasz mnie, jak powinnaś, matko.

— Jakże cię mam nazywać? Wszak nie masz dotychczas imienia.