— Mylisz się; mam. Dano mi je w zaświatach, skąd pochodzę i ty, matko, pierwsza powinnaś je była odgadnąć.
I po tych słowach odsunęło się jeszcze bardziej od matki, a ona szła zadumana i jakaś nieokreślona troska zacisnęła się dokoła jej serca, niby obręcz żelazna, ugniatając je coraz dotkliwiej.
Lecz nie tylko z nią tak się działo. Ludzie lgnęli do Dziecka, choć ono od nich stroniło; coś ich ciągnęło, żeby bodaj105 z daleka na nie popatrzeć i to było właśnie niezrozumiałe, bo im dłużej patrzyli, tym bardziej im potem było nieswojo.
Niektórzy nawet zapadali z tego powodu w jakiś dziwny, wręcz chorobliwy stan i radzili się lekarzy, ale ci po dokładnym opukaniu i zbadaniu organizmu przepisywali im jedynie zimną wodę i wczesne udawanie się na spoczynek.
Był pomiędzy tymi doktorami jeden bardzo już sędziwy uczony, powszechnie uważany za wielkiego dziwaka, gdyż on to najgorliwiej głosił teorię istnienia młodości. Do niego to przyszła pewnego razu dziewczyna, która nazajutrz miała wyjść za mąż.
— Jestem bardzo chora — oświadczyła posępnie.
Doktor przyjrzał się bacznie jej harmonijnie rozwiniętym kształtom i ładnej, niezwykle interesującej twarzyczce.
— Co cię boli, moje dziecię? — zapytał.
— Nic.
— Więc na co jesteś chora?