— Na wszystko.
— Wytłumacz się jaśniej.
— Nie potrafię. Wiem tylko, że od pewnego czasu mam takie wrażenie, jak gdyby poza tym wszystkim na co się patrzę, kryło się coś, czego nie widzę i mimo woli ręce wyciągają mi się gdzieś w dal, do tego czegoś i to mnie bardzo męczy. W nocy nie mogę spać; nadstawiam wciąż ucha, bo jestem przekonana, że usłyszę jakieś pukanie do mego okna i że trzeba mi będzie wstać co prędzej i wpuścić koniecznie jakiegoś niewiadomego przybysza. Lękam się tego, drżę cała, a gdy godziny mijają w ciszy, zamiast uspokojenia ogarnia mnie nieopisany smutek i czuję płomień pod opuchłymi z bezsenności powiekami. Ten stan jest nie do zniesienia, więc ty, doktorze stary, który jesteś tak mądry, daj mi nań106 jakie lekarstwo.
— Jutro wychodzisz za mąż — rzekł doktor — rozpoczynasz nowe życie, może się wtedy ta twoja niepojęta choroba przełamie.
Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdumieniem.
— Jak to? — zapytała. — Cóż może mieć wspólnego małżeństwo z tym co mnie dręczy? Mój przyszły mąż nie jest ani doktorem, ani uczonym, a choćby nim był, to by mi nic poradzić nie mógł, bo sam wyznał mi, że od pewnego czasu czuje się również chorym.
— Ach, tak — rzekł doktor. — Rad bym z nim pomówić.
Przyszedł więc jutrzejszy nowożeniec, i z małymi zmianami powtórzył uczonemu to, co mówiła jego narzeczona.
— Dziwne, dziwne — szepnął doktor w zamyśleniu, potrząsając siwą głową. — Symptomaty tej choroby są mi znane ze starych ksiąg. Dawniej ludzie zapadali na nią często, zwłaszcza w młodości, której wy nie uznajecie. Nazywano ją... tęsknotą. A może ty — i tu spojrzał z nagłym zajęciem i wielką życzliwością na dorodnego chłopca, któremu zaledwie sypał się drobny wąsik nad koralowymi wargami, ale którego czoło było już przeorane pługiem dojrzałej, trzeźwej myśli — a może ty poczułeś się młodym?
— Ja! — wykrzyknął tamten i spłonął rumieńcem, jak złapany na gorącym uczynku. — Nie rozumiem co chcesz powiedzieć przez to uczony panie? Ja — młodym? Alboż107 nie widzisz, że jestem mężczyzną?