— Tak, widzę — odparł smutno doktor — i nic ci poradzić nie mogę.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, dziewczyna noc bezsennie spędziwszy, wyszła w pole. Dzień zapowiadał się przecudny. Zroszone kwiaty pachniały, otwierając kraśne kielichy do wschodzącego słońca.

W zaróżowionych błękitach dzwoniły skowronki, a pomiędzy modrymi108 wstęgami niezabudek109 strumyk nucił swą srebrną piosenkę.

Ale dziewczyna obojętna była na uroki majowego poranku.

Szła ścieżką pomiędzy łanami młodziuchnych zbóż, patrząc wytężonymi oczyma przed siebie, nurtowana tym nieujętym cierpieniem, dla którego stary doktor znalazł tak dziwną nazwę.

A idąc tak, nie widziała i nie słyszała, jak z chaty sąsiadów wysunęło się Pierzchliwe Dziecko i stanęło na ścieżce, pławiąc się w słońcu, jakby niepewne, gdzie pójść.

W tejże110 chwili u przeciwnego końca dróżki ukazała się gibka postać narzeczonego dziewczyny. I on także gnany udręką duszy szedł w pole, sam nie wiedząc po co.

Zobaczywszy go, Dziecko zaśmiało się cichutko i zaczęło iść ostrożnie za dziewczyną, która bezwiednie zwolniła kroku, choć nie obejrzała się ani razu poza siebie, mając wciąż oczy wytężone w dal.

Ale chłopiec, który także w dal patrzył, zobaczył swoją przyszłą i skradające się za nią Dziecko i natychmiast zaczął iść prędzej. Wskutek tego odległość pomiędzy nimi zmniejszała się z każdą chwilą.

Wreszcie on znalazł się tuż za nią, tak blisko, że dzieliło ich tylko Dziecko, które wbrew swemu zwyczajowi zdawało się nie słyszeć nadchodzących kroków i nie płoszyć nimi.