— Tak, droga Gabruniu — ciągnąłem dalej. — Porzucić błękity próg ulanej z żywego srebra komnaty marzeń, w której przebywałaś, kołysana westchnieniami harf eolskich i postaw trwożną nóżkę na chropowatych deskach siedziby, do której chcę się zaprosić. Ta moja siedziba, to zdrowy rozsądek, podczas gdy tamta... jakby się tu grzecznie wyrazić?...
— Wyraź się niegrzecznie — odpowiedziała z lekkim uśmiechem — to przecież ani mnie, ani mojej komnacie, jak ją nazwałeś, nie ubliży.
— Tylko memu wychowaniu, nieprawdaż128? — podchwyciłem. — Otóż wolę się wcale nie wyrażać, a tylko po prostu zapytuję cię, czy jesteś gotowa wysłuchać mnie uważnie, gdyż przyszedłem porozmawiać z tobą serio.
— Ja cię zawsze uważnie słucham — odpowiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Nie wiem, dlaczego te jej oczy zapatrzone we mnie tak otwarcie, spokojnie a tęsknie podrażniły mnie. Odwróciłem się zły na nią, że inaczej nie patrzy, zły na siebie, że mnie to obchodzi.
— Moja Gabruniu, — rzekłem nagle, tak nagle, że aż szorstko — wszak nie wątpisz, że cię kocham jak siostrę?
Nie wiem, jaki był wyraz jej twarzy, gdym jej stawiał to pytanie, gdyż przyglądałem się pilnie niezapominajkom, ale w każdym razie, musiał być szczególny, jeżeli odpowiadał głosowi, jakim mi rzuciła krótkie:
— Nie wątpię.
— I wierzysz, że w tym, co powiem, tylko twoje szczęście mam na względzie?
— Wierzę.