— Co proboszcz mówi! — zawołałem. — A to byłaby pyszna rzecz. Muszę to zaraz sprawdzić. Tylko, co się z tymi wszystkimi książkami po wuju zrobiło? Nie widzę ich nigdzie.
— Są na strychu — rzekła Ela, która z wielką uwagą słuchała naszej rozmowy.
— Na strychu! — powtórzyłem, krzywiąc się. — Pomiędzy klepkami rozeschniętych beczek i stosem czerepów144? Ładne schowanie dla takiego księgozbioru. A wiem, że wuj miał kilka prawdziwych kruków bibliograficznych. I zapewne myszy to jedzą?
— A cóż byś chciał, żeby jadły: może pszenicę? — odezwał się głos ciotki, która niepostrzeżona nadeszła i stanęła za moimi plecami. — Gdyby twój wuj mniej był w tych szpargałach grzebał, a więcej gospodarstwa pilnował, to bym ja teraz mogła usiąść choć godzinę na dzień. A ty, co masz do nich za interes?
— Potrzebuję wyszukać jedno dzieło, naturalnie, o ile go jeszcze w mysich żołądkach nie ma — odrzekłem, wstając. — Sądzę, że ciocia nic przeciwko temu mieć nie będzie?
— O! Mój Boże! Szukaj sobie do sądnego dnia chociażby. Masz w czym. Cztery takie wielkie płachty, że ich żaden parobek na górę wywindować nie mógł.
— To one w płachtach leżą? Podoba mi się ten rodzaj bibliotek. Mogła też ciocia choć z szafami kazać je wynieść.
— Szafy zdały się na coś lepszego, mój kochany. Rozumna gospodyni niczemu nie da się zmarnować.
— Tylko cennym książkom — podchwyciłem.
— Tylko niepotrzebnym papierowym gałganom — odrzuciła ciotka.