Do zwierzyny strzelał zawzięcie, lecz tylko czworonożnej; za nic w świecie nie zabiłby ptaka. Mówił, że to stworzenie stojące wyżej od człowieka, bo ma bezwzględną swobodę.
Kiedy raz zobaczył hrabinę Ritę Trestkową, strzelającą do dzikiego gołębia, od tej pory przestał ją całować w rękę.
Był prędki i w gniewie gwałtowny. Mściwości nie znał.
Za jakieś małe przewinienie wychłostał raz szpicrutą chłopca stajennego aż do krwi. Gdy jednak usłyszał jego jęk, wycałował go jak brata i oddał mu całą swą pensję miesięczną i złoty zegarek.
O sprawach erotycznych również nie zapomniał. Co tydzień zmieniał ideały, Kaśki, Marysie, Kostki — były przez niego opiewane i rysowane w różnych pozach. Zachowywał zawsze estetykę w tych przelotnych słabostkach tak, że ordynat, czujny i pod tym względem, nie mógł mu wyraźnie nic zarzucić. Wszędzie go było pełno. Gdy pod koniec lata przyjechał do Głębowicz hrabia Herski, nie poznał na razie Bohdana. Dawny nicejski hulaka i gracz zmienił się powierzchownie na lepsze. Trochę zmężniał i nabrał cery. Ruchy miał spokojniejsze, w twarzy wyraz wesoły, junacki, ale jednak inny niż dawniej.
— Cóż ordynat zrobi z tym narwańcem? — pytał hrabia Dominik.
— Wykieruję go na porządnego Michorowskiego — z uśmiechem odrzekł Waldemar. — To będzie człowiek, choć trudny do prowadzenia, jak młody źrebiec arabski.
— Ordynat go okiełzna.
— Nie, okiełznać nie chce. Wprowadzę go tylko na właściwą drogę. Sam poleci!
— Na łeb, na szyję: i skręci kark! — dodał Herbski.