Waldemar zasępił się.
— To będzie człowiek — powtórzył w zamyśleniu.
— Kimże on chce być?...
— Administratorem. Do tego ma spryt. Zdolności do matematyki bajeczne, energia, rzutkość, pewna ścisłość wykonawcza, słowem: materiał jest.
— Ale musi nad sobą pracować, żeby się wyrobić.
Herbski kręcił głową powątpiewająco.
— Zawsze to już będzie ni to, ni owo — rzekł apatycznie. — Nie pan i nie pracownik. Na pana nie posiada środków, a do pracy nie stworzony.
— Człowiek stworzony jest do wszystkiego, jeśli musi — odparł ordynat. Wykształcę go u siebie i dam mu posadę u obcych. Niech zarabia na chleb, bo go inaczej nie będzie miał.
— Ha, chyba, że tak! Bo Głębowicze nie zrobią z niego pracownika. Za wielki to komfort. Nawet ty, panie ordynacie, nie wykorzeniłbyś z niego żyłki wielkopańskiej. Przepych tutejszy zanadto gra na nerwach. Bohdan przecie wie, kim jest właściwie i kim mógłby być.
Ordynat zmienił temat rozmowy. Czuł tylko, że Bohdan jest celem dla niego i że w pustce obecnej swego życia znalazł coś, co go jeszcze porywa. „Bodzio” zjednywał go sobie coraz więcej.