Bohdan spojrzał w zaspane oczy dyżurnego i rzekł ostrym tonem:

— Spisz jak suseł, dowołać się ciebie nie można! Całą zwierzynę wystrzelałbym, anibyś wiedział kiedy.

Strzelec patrzył zdumiony.

— A jaśnie panicz którędy wszedł do zwierzyńca?... Ja mam klucze od bramy.

— Którędy mi się podobało; słyszysz?! Podawaj łódź.

Strzelec spełnił rozkaz, będąc najmocniej przekonany, że młody pan nie zginął, jak mówili w zamku, ale nocował w zwierzyńcu, żeby go kontrolować.

Bohdan miał minę niewzbudzającą podejrzeń, jedynie przez czoło szła rysa długa od ostatniego upadku, zakryta zresztą szczelnie czapeczką angielską.

XXV

— Dokąd w nocy jeździłeś? — spytał ordynat Bohdana.

— Marzyłem, walczyłem...