— No, najlepiej nie czekać, aż starość nadejdzie: łupnąć sobie w mózg ołowiem: i skończone. Ja, gdybym ustanawiał prawa, to bym takie nadał: wszystkich po siedemdziesiątce słać na spacer na Pola Elizejskie42.
Pan Maciej zgorszył się i spojrzał na chłopca z wyrzutem:
— Błazen jesteś — rzekł cierpko.
— No, przecie dziadzio nie ma się czym martwić: jeszcze prawodawcą nie jestem.
Herbskiemu tłumaczył z zapałem, że tytuły to największe głupstwo, a główna rzecz to jest pieniądz. Bez pieniędzy nie ma ani tytułu, ani brzucha. I tą aluzją do potężnej tuszy hrabiego gniewał go niesłychanie.
— Więc pan sądzi, że każdy tytuł jest kupiony? — pytał hrabia Dominik.
— Każdy nie każdy, ale dużo. Wierzę w tytuł księcia, bo to polski i stary. Ale hrabia? baron?... Jak go sobie bogaty szlachcic nie kupi sam za granicą, to mu go dadzą dlatego, że bogaty. Jeszcze nie słyszałem, aby ktoś zupełnie biedny otrzymał tytuł hrabiego lub barona.
— Ach! Pan jeszcze wielu rzeczy nie słyszał — odrzekł Herbski, składając poczciwie ręce na szykanowanej przez Bodzia, obfitej części ciała.
— Może być — odparł Bogdan. — Nie słyszałem, na przykład, aby któryś z właścicieli kupionego tytułu przyznał się do tego.
Hrabia umilkł urażony, Bohdan zaś spojrzawszy na niego, wykrzywił usta i rzekł protekcjonalnie: