— No, ale są i porządni hrabiowie. Ojej! Na przykład Herbski i inni. A że mają pieniądze, to nie jest zbrodnią.
Pewnego dnia po podwieczorku ordynat z hrabią Dominikiem siedzieli na tarasie, paląc cygara. Nagle zwrócił ich uwagę wesoły śmiech kobiecy, dochodzący z parku, jakieś piskliwe chichoty i łomot nóg wśród klombów różanych. Pomiędzy krzewami, w oddali, mignęła jasna postać Bohdana.
— Erotyczne manewry — zaśmiał się dyskretnie Herbski.
Waldemar zszedł do parku. Idąc w stronę rzeki, rozglądał się ciekawie po klombach, szukając sprawców hałasu. Natknął się na zaczajonego pod krzewem róży Bohdana. Chłopak powstał zły i zawołał:
— Ee! Pomieszał mi wuj wszystkie szyki! Już teraz ucieknie na pewno.
— Kto?...
— Moja driada43.
— Bohdan, co ty wyprawiasz?! — zgromił go ordynat — Co to za wrzaski?...
— Cóż tam takiego? Zamieniłem się w fauna44 i gonię leśne driady... Co mówię: kredensowe! Ależ piękne! Niech ich wszystkie bogi! A najwięcej ta Haneczka. Łydki ma, powiadam wujowi... Ojej, jak żyję, takich nie widziałem. Fidiasz45 miałby model. Niech się Diana46 łowczyni schowa ze swymi chudymi piszczelami.
— Słuchaj. Ja nie pozwolę urządzać tu bachanalii47 — rzekł ordynat.