Wszyscy byli po stronie hrabiego, prócz pana Macieja i Bohdana. To spowodowało, że Lucia życzliwiej spoglądała na mniej lubianego dawniej Bodzia.
Pani Idalia otworzyła szeroko gościnne drzwi swych salonów, przyjmowała mnóstwo osób ze sfer najwyższych, starannie dobierając młodzież, reklamowaną jako świetne partie. Lucię koniecznie chciała wydać za mąż. Główny nacisk kładła w tych wyborach na tytuły i majątki. Lucia jednak nie miała powodzenia: w towarzystwie nie była sympatyczna. Zawsze poważna, zimna, ignorowała młodzież, jakby umyślnie stopniując swą obojętność względem bogatszych i bardziej utytułowanych. Największe zabiegi wytrawnych zdobywców salonowych nie zdołały nigdy wywołać w jej oczach zalotnego błysku. Patrzyła śmiało w oczy męskie — często surowo, nawet ironicznie, nigdy kokieteryjnie. A że była istotnie ładna, naturalnie wdzięczna i posągowo poważna w tonie, więc złota młodzież przezwała ją westalką49 i nazwa ta ustaliła się w salonach. Westalka uśmiechała się tylko wtedy promiennie, gdy jej nikt nie widział i gdy mogła swobodnie bujać z marzeniami, zapatrzona w fotografię ordynata. Często gdy klęczała przy kolanach dziadka, a on mówił o Waldym, uśmiech ten zjawiał się na jej różowych ustach, czyniąc ją piękną.
Ale o tym, kto jest bożyszczem westalki, wiedziało zaledwie kilka osób.
Przed wielkim rautem w listopadzie Lucia, już ubrana, stojąc w swoim pokoju, odwróciła się gwałtownie do drzwi. — Ktoś energicznie zastukał.
— Proszę.
Wpadł zdyszany Bodzio. Porwał Lucię za ręce i zawołał:
— Winszuję! Winszuję! Księżnej pani!
— Czy kuzyn zwariował?
Bohdan przysunął usta do jej ucha.
— Ostrzegam kuzynkę: dziś, zaraz, ma się jej oświadczyć książę Zygfryd, ten wdowiec, milioner.