W przejrzystym powietrzu cudnego poranka oddalone pola, jary obrosłe rozkwitłą tarniną, ciemne lasy — nabierały plastyki niesłychanej. Zdawało się, że horyzont, rozjaśniony do najdalszych krańców, skupia się i kładzie jak na dłoni najdrobniejsze szczegóły. Siny pasek źródła płynącego pod tarninami był tak wypukły, że Bohdan widział na nim z daleka nawet drobne falki. Pojedyncze kiście kwiatów białych chwiały się lekkim oddechem, gromada pszczół obsiadła krzewy, rywalizując z motylami, które wyglądały jak rozwiane piórka rajskiego ptaka.
Bohdan szedł wolno środkiem pola, bruzdami przemykał się do nęcących go tarnin. Głowę podniósł w górę i wisiał cały śród błękitu, chwytał wzrokiem pajęczynki obłoczków; rozmarzone źrenice ścigały lot ptaków, tnących z impetem lub łagodnie ogrom powietrzny. Gdy skowronek wbijał się w błękit pyłkiem coraz drobniejszym, Bohdan szeptał z głębi swej duszy utęsknionej:
— Geniuszu swobody, potężny znawco lotu, ptaszyno, unieś mnie tam, unieś...
I coś go brało za gardło — rzewnie, ale dusząco, aż uczuł ból od napływających do oczu łez.
A w przestworzach było tyle pędu życiowego, taki szalony żyzny wicher miłości i żądz namiętnych gnał wskroś pól rozkwitłych, wskroś szafirowych baldachimów leśnych i wirował rozkosznie, i targał sokami ziemi, i upijał odurzającym swym nektarem wszystko, co żyło.
Bohdan w kilku susach dopadł do gaju strojnych tarnin i rzucił się w nie jak młody zając w sałatę. Kolczaste gałęzie darły mu ubranie, kaleczyły ręce, do twarzy sięgały, ale Bodzio sam zanurzał głowę w najobfitszych splotach kwiecia i zdawał się połykać je pragnieniem gorących uczuć. Biegał wśród krzewów, ogarniał je ramionami.
Spłoszone ptaki wylatywały z gniazd z kwileniem głośnym. Kuropatwy furknęły mu spod nóg. Wówczas zatrzymał się.
Cicho usiadł pod najpyszniejszym krzewem, zmartwiony, że zmącił swobodę ptakom. Uspokojone ciszą powracały, on zaś przemawiał do nich jak do ludzi. I znowu biegł dalej łąkami, napawał się widokiem źródła, aż wszedł do lasu i stanął nad brzegiem dużego jaru. Prostopadle spod stóp Bohdana spadały ściany porosłe odłamami skał. Kamienie pokryte mchem zielonym i siwym tworzyły tu piramidy i groty, jakby ręką ludzką ułożone. Rosły brzozy płaczące, wieczną melancholią owiane, jakby i z maja, i z życia nierade. Młode dębczaki panoszyły się butnie, buki, klony i sosny pokręcone fantastycznie. Leszczyna rozwija się szeroko, a tu i tam bieliły się śniegiem kwiecia rozkwitłe czeremchy. Na samym dnie jaru z hukiem toczyła się wąska rzeczułka poprzerzynana porostami kamiennymi, na których woda pięła się w wirach i skrętach.
Naprzeciw Bohdana, w perspektywie utworzonej pomiędzy drzwiami, widać było frontowy szczyt pałacu w Rusłocku. Słońce grało ogniście na blaszanym dachu, migotliwie krzesało płomyki w oknach szczytowych. Bohdan patrzył, patrzył i smutek okrył go niby płachtą żałobną. Twarz mu zmierzchła, chłód powiał od rzeczułki i wilgocią przejął aż do kości. Pałac ten przypomniał mu Czerczyn, ale przede wszystkim Głębowicze. Rok spędzony w ordynackim zamku pozostawił w duszy Bohdana niezatarty, żywy blask. Wspomnienie dzieciństwa w Czerczynie, nauki, zabawy po świecie, były jakby odległą nutą, poprzedzającą tylko pyszny akord końcowy. Bohdan kochał Głębowicze i kochał ordynata, chociaż od czasu podjęcia posady w Rusłocku czuł do Waldemara w duszy swej jakiś drobny, niedający się określić żal, żal ten wzmagał się, gdy mu było bardzo źle, nikł prawie bez śladu, gdy jakieś przelotne wrażenie natchnęło go otuchą. W marzeniach swych widywał Waldemara z Lucią, skojarzonych już, i tęsknił nie tylko za nimi, Ramzesem i Haneczką, lecz i za pluskiem rzeki głębowickiej, i za gwarą drzew parkowych. Z rozrzewnieniem przypomniał sobie swój pokój, gdzie usługiwał mu wyproszony u ordynata Murzyn, dozorca sal myśliwskich. Rozczulał się na wspomnienie robotników, którym dawał książki do czytania, strzelców zwierzynieckich, nawet ogrodów i buldogów z psiarni. Czerczyn oddalił się od jego myśli i uczuć jak obrazek zapamiętany z dziecinnej książki. Obojętność matki i brata były jedną więcej kartą, jaka go przesłaniała.
Rusłocka Bohdan nie lubił, do książąt Ponieckich nie mógł się przekonać. Patrzył teraz na ich błyszczący pałac i myślą leciał do Głębowicz. Zadrżał, usłyszawszy głośny tętent. Tuż przy sobie ujrzał nagle zarządzającego Holewicza, który osadził konia prawie na plecach Bohdana.