Gwałtowna, niepojęta siła oderwała nagle Waldemara od ust Luci. Zatrząsł się i blady, nienaturalny, ucałował jej rękę, nie patrząc w oczy.
— Wybacz mi! — szepnął niespodziewanie.
Lucia, rozjaśniona jak majowe słońce, przytuliła się do niego z ufnością dziecka. Głowę swą jasną złożyła na jego piersiach i spytała:
— Waldy... Dlaczego ty mi każesz jechać?
Waldemar pogładził dłonią jej lśniące włosy. Był zmieniony na twarzy.
— Zapomnij o tym i... zostań — wyszeptał.
Ona rozkosznie objęła ramionami jego szyję.
— Dobry, jedyny... ukochany! — mówiła bezpamiętnie, z głębi kipiącej miłością duszy.
Ucałował ją w czoło, ale już inaczej, po dawnemu. Chwila minęła, szał uleciał w poszumie nieprzyjaznej fali myśli.
Łagodnie odsunął ją od siebie i powstał. Brwi miał zmarszczone, w oczach niepewność i jakby żal.