— Tak, to jest młodzieniec nierokujący wielkich nadziei — mówił, sylabizując słowa. — Jego pochłoną niskie wartości społeczne. To nie jest karmazyn72, chociaż z nich pochodzi.
Usta ordynata zaczęły się przeciągać w krzywą linię szyderstwa, ale milczał.
Księżna trzepała dalej. Oczy jej, duże, czarne, nazbyt wypukłe, błyszczały chęcią zemsty.
— Niech ordynat wyobrazi sobie, co on mnie zrobił: Jechałam raz do kościoła z boną73 i z dziećmi. Dzieci lokaj wiózł kucami, pana Bohdana zaprosiłam do powozu obok siebie. Bona naturalnie usiadła na przedzie. Tymczasem ten dziwoląg sam usiadł na przedzie, a tej starej babie wskazał miejsce przy mnie.
Ordynat zaśmiał się serdecznie. Wyobraził sobie wyłączną elegancję Bodzia i oburzenie księżnej. Najzabawniejsza jednak musiała być mina bony, nieprzyzwyczajonej w Rusłocku do takiej uprzejmości.
— Pan się śmieje? — zdziwiła się księżna.
— A to smarkacz ten Bodzio! I jakże się ta historia skończyła? — pytał ordynat zdławiwszy śmiech.
— Kazałam bonie zająć właściwe miejsce, jemu zaś zwróciłam uwagę. Ale... to na nic!
— Znowu babę przetransportował na siedzenie?
— Nie! Wysiadł z powozu, podziękował mi za towarzystwo i do kościoła pojechał z rządcą prostą bryczką.