Wiatr ochładzał im czoła, zimnym oddechem przygotowywał do nadciągających z daleka jeszcze mrozów.
I gładził wiatr obnażone ciała pól. Odkryte łona pszeniczne pieścił delikatnie, twarde, szczeciniaste żytniska targał zawzięcie, świszcząc w krótkich źdźbłach.
Smętne uśmiechy słoneczne spadały na odpoczywającą ziemię.
Ostatnie płody wydzierano glebie.
Na trakcie, równolegle z polem pełnym kopaczów, jechał kłusem długi, strojny zaprzęg. Ludzie spoglądali ciekawie.
— Ho, sie z daleka! To nie tutejsze — mówili do siebie kopacze gwarą miejscową.
— To konie biało-czerkaskie — rzekł Holewicz zdziwiony. — Znam te konie. Ale czyżby naprawdę?... Trochę za daleko.
Bohdan się zdumiał.
— Z Biało-Czerkas? Co znowu? Tyle mil?...
Holewicz przypatrywał się uważnie.