Lando zaprzężone w czwórkę koni zatrzymało się nagle.

— Ano tak! To pewno ordynat. — potwierdził Holewicz.

Bodzio pędem puścił się przez zagony. Krzyknął radośnie, ujrzawszy wychyloną z landa postać Waldemara.

Powitali się z pewnym rozczuleniem.

— Siadaj i pojedziemy — rzekł ordynat.

— Do Rusłocka? Ponieccy wyjechali.

— Wiem. Przyjechałem do ciebie, nie do nich.

Bohdan serdecznie uścisnął mu rękę.

— Dziękuję ci, wuju. Nawet nie myślałem, że dla mnie... zechcesz tyle mil...

— Jechałem rozstawnymi końmi. Ale cóż ci to, Bodziu? Czemuś taki przejęty?