— Czy... chciałbyś tego? — spytał trochę badawczo.
Bodzio gwałtownie ścisnął jego dłoń.
— Bardzo, bardzo, wuju! Ona godna być twoją żoną i ordynatową głębowicką. Ona cię kocha!...
— No dobrze. To są rzeczy dalsze. Mówmy o twej pracy i projektach.
Bodzio odczuł w samym tonie Waldemara, że to są rzeczy bardzo bliskie, ale delikatnie zmienił temat.
Był szczerze zadowolony.
XXXVII
W zamku głębowickim uroczyście obchodzono wilię76 Bożego Narodzenia.
Stary pan Maciej, otulony troskliwie przez wnuczkę, przyjechał razem z nią.
Po wieczerzy, w wielkiej sali przyjęć tłum dzieci ze szkoły i z ochronek głębowickiej i słodkowickiej, który przyjechał na kilku saniach, otaczał przepyszną choinkę. Właściwie była to jodła, sięgająca pod sufit wysokiej sali, zatopiona w powodzi światła, lśniąca jak skarbiec z klejnotami. Lucia rozdawała podarki, chodząc wśród gromady dzieci niby ich wieszczka. W gładkiej, czarnej, aksamitnej sukni, ozdobionej tylko sznurem pereł, smukła i wiotka, robiła wrażenie cichej kapłanki. Jej popielate włosy w kontraście z czernią aksamitu mieniły się bogatą masą, żywe i nęcące. Waldemar patrzył na nią uparcie. Przypominała mu się nazwa dana przed rokiem w Warszawie: westalka.