— Biedna, biedna mama! Dwóch nas ma i obaj... łotry! — szepnął drżącymi ustami.
Waldemar, wzruszony do głębi, objął go i pocałował.
— Jesteś dobry, chłopcze. Nie nazywaj się łotrem; właściwie nigdy nie byłeś nim.
— Wyratowałem się, wuju, przez ciebie. Ale cóż z mamą?
Ruchem zbolałym i tragicznym splótł palce u rąk.
— Ojej! Jak ja muszę wziąć się w kupę i pracować, żeby mamie... Bo Wiktor zatraci ją: on bez serca.
— I bez sumienia, dodaj — rzekł Waldemar. — Jego nikt i nic nie poprawi.
Jechali, milcząc; nagle Bodzio wziął Waldemara za rękę. Przemówił, wahając się, niepewnie:
— Wuju, a co z Lucią?... Czy już... mogę wam... powinszować i cieszyć się?
Waldemar poczerwieniał. Zsunął brwi. Zakłopotanie drgało mu na twarzy.