Oszroniony zwierzyniec widniał z daleka, niby sędziwy starzec w bujnej grzywie siwych włosów i gęstej, długiej brodzie. Szarość i biel zlewały się harmonijnie. Ponad inne wrażenia górowała senność, obumarłość niezgłębiona.
Waldemar z Lucią stali oparci o balustradę i patrzyli w głębiny parku. Coś stamtąd wołało na nich głosami misteriów uroczych, duchy snuły się w czeluściach gąszczów.
Dobrze było im obojgu, nie przerywali chwili.
Lucia zarzuciła na głowę blado-niebieski gazowy welon, w którym twarz jej nikła prawie, tylko oczy gorzały. Były jak gwiazdy w rozwianym tumanie obłoku.
A oni stali, stali bez słów.
Lucia pierwsza szepnęła, jakby lękając się zbudzić śpiącą noc:
— Waldy... ładnie tu; prawda?...
— Lubię park w tym stroju. I ten taras — odrzekł.
— Marzysz tu często?... Zawsze sam!...
— Nie, z myślami i... z wspomnieniami.