Lucia zadrżała.

— Zimno ci? Poczekaj.

Wyszedł prędko. Wkrótce powrócił, niosąc futrzany płaszcz.

Otulił nim Lucię. Ona pochyliła się ku niemu całą postacią. Uczuł jej ciężar na swym ramieniu. Błysk jej oczu gorejących przeniknął go dreszczem; ciepło ciała kobiecego zawieją rozkoszną musnęło nerwy. Wstrzymał się, aby nie porwać jej w objęcia. Stanął obok niej przy balustradzie, siląc się na spokój. Lucia przysunęła się bliziutko.

— Waldy.

Waldemar ścierpł. Szept jej był dziwny, jakby pochodził nie z jej własnych ust, jakby mówiła najgłębsza tajnia jej istoty, jakby samo serce bez pomocy warg.

Ordynat się przeraził.

Miało nastąpić wyjaśnienie. Czuł, że to już konieczne. Mgła Luci rozpadła się; ukazuje swój ukryty cud. Świadomość o nim błądziła w dotychczasowej mgle, ale nieobjawiona.

Teraz zapada wyrok.

Waldemar nie śmiał odetchnąć.