Na jego ukłon odpowiedziała łagodnym uśmiechem i pochyleniem głowy. Odeszła w gronie dam, poważna, niepokalana w swej białej sukni. Bodzio zobaczył dziewiczy kark, otoczony perłami, falę lśniących włosów i wśród nich migotliwy brylant. Posunął się za nią, lecz odgrodziły go złociste mundury orszaku cesarskiego, fraki ministrów, sążniste treny pań. Arcyksiężniczka znikła w świetnym tłumie.
Bohdan był zły. Musiał słuchać ciągłej gadaniny młodego galicjanina — barona, który dzielił się z nim wrażeniami.
— Niech pan spojrzy na tę damę w złotej gazie. Stylowa, co? Jaka koafiura! To księżna Montano. Szalałbym za nią, ale musiałaby zmienić uczesanie: nie lubię takich gruszek perłowych na czole. A ta, w tych sznurach pereł, to księżna Fürtzberg. Strasznie dumna. A teraz idą dwie Grünendorfki, hrabianki. Jedna taka sobie, uszłaby na szarym końcu przy stole, ale ta druga... Właściwsza byłaby w jej ręku warząchew niż wachlarz. Co? Prawda? Zupełnie nie dla sali w Burgu. Cóż za policzki!
Bodzio patrzył bez zajęcia. Szukał migotliwego brylantu we włosach.
Baron dotknął jego ręki.
— Niech się pan lekko obejrzy. Widzi pan tę oryginalną twarz w lokach? To hrabina Matylda! Wiecznie pozuje na prababkę z portretu. Kocha się w niej podobno jakiś arcyksiążę. A ta, która rozmawia z arcyksięciem D’Este, co ma takie ukośne brwi, à la gejsza, to hrabina Gizela Wichy. Cudne ma ramiona. Szaleje za nią pół Pesztu.
Baron mówił z miną niedbałą i z dumą, że zna wszystkie damy, jak gdyby chciał Michorowskiemu zaimponować. Ale ten odrzekł bez zachwytu:
— Z pana, widzę, niezły ekspert salonowy. Ocenia pan jak padyszach szeregi dziewic przeznaczonych do haremu.
Galicjanin zabawnie stulił usta.
— Ja je wszystkie znam! Muszę jeszcze pokazać panu hrabinę Dalmy. Oczy: bajeczne! Szyja, jak to mówią: łabędzia... Chociaż długa szyja u kobiety jest wstrętna. Nogę Dalmy ma piękną, bo te inne, to co do nóg stoją niżej. No, wiedenki zawsze górą. Pokażę panu i hrabinę Szatek. Biust ma jak świątynia Wenery, biały, wypukły!...