Pochylił się do swej damy i znikł.
Michorowski ruszył wytrwale w stronę arcyksiężniczki. Migały mu przed oczami cudne twarze, skrzyły się klejnoty. Pomimo gwaru w sali był dziwny stygmat uroczysty. Etykieta królowała, i ona właśnie wzięła salę w swe zaklęte państwo, nadając jej tonu. Pachniał, szeleścił, błyszczał długi wąż tancerzy. Mnóstwo rozmaitych figur ludzkich, jak gdyby zaszytych w złociste pokrowce, tworzyło jaskrawe grupy przy wejściach i pod ścianami. Kwiaty sypały się wszędzie.
Bodzio znowu dojrzał z daleka Marię Beatryczę z jakimś magnatem węgierskim, ubranym w przepyszny strój narodowy. Gdy już byli blisko, Bohdan szybko oderwał z krzewu tuberozy smukłą gałązkę, oblepioną białymi kieliszkami kwiatów. Serce biło mu gwałtownie; zabrakło mu tchu.
Beatrycze i jej tancerz zrównali się z nim. Magnat spojrzał na Bodzia obojętnie, ona lekko rozchyliła usta. Michorowski ślicznym, łagodnym ruchem rzucił kwiecistą gałązkę pod stopy księżniczki.
Ona nie spostrzegła tego. Pantofelkiem zgniotła tuberozę, i pociągnięta przez tancerza, znowu znikła.
Tren sukni odrzucił gałązkę na środek sali.
Zakochany skoczył, porwał zmięte kwiaty i nieznacznie przycisnął je do ust.
Po czym schował pod klapę fraka.
Jeszcze coś słyszał dokoła siebie. Coś szumiało, grało, płynęło, ale to wszystko przestało już Bodzia zajmować.
— Dwór odchodzi — rzekł ktoś w pobliżu.