— Roz... chodzimy się... bo los... — szepnęła i nie mogła dokończyć. Płacz zdusił ją znowu.

Ordynat dłoń jej ucałował gorąco.

Dziewczyna wolno wyszła z pokoju.

Przebiegła szeregi salonów i korytarzy, błądząc trochę po ciemku. Łkanie jej budziło żałosne skargi w głuchych komnatach.

W sali portretowej rozjaśniła elektryczne światło.

Stanęła przed portretem narzeczonej ordynata. Nienawistny wzrok wpiła w jej twarzy.

— To przez ciebie — wyrzuciły zsiniałe usta dziewczyny.

Patrzyła długo... Ostre źrenice miały w sobie jad, piołun i bojaźń.

Patrzyła z zapartym tchem, czując w sercu napływ czarnej krwi.

Patrzyła jak obłąkana, bo wzrok jej gasł, tępiał, łagodniał.