Brochwicz odszedł zraniony moralnie, Lucia zaś powróciła do swego półżycia, wkraczającego w newrozę.
Siedziała w buduarze skurczona, z głową wtuloną w poręcz wysokiego fotela. Oczy smutne, o niezmierzonej głębinie, wpatrywały się w wysokie szyby okien, poza którymi jaśniał dzień styczniowy, kipiało wrzątkiem bujne życie Paryża. I oto nagle spadło na Lucię jasne przeczucie. Ujrzała w przestrzeni genialną moc swych przeznaczeń, dalekich od otwartego grobu, skąd wiało na nią pustką i chłodem. Ukazanie się tej zjawy niespodziewanej było silne i plastyczne; wrażenie olbrzymie.
Mara, gniotąca ją niemiłosiernie, zginęła na sekundę, oślepiona piorunowym zygzakiem cudowengo objawienia, co w glorię swą potężną porwało umysł Luci.
Wtem zamarła ze zdumienia, podnosząc się szybko.
Naprzeciw niej, w drzwiach, stał Bohdan Michorowski.
Poważny, spokojny, inny niż zwykle.
W oczach miał stanowczość, usta lekko uśmiechnięte, pewne siebie.
Tchnął zuchwałością — i dziwną siłą.
Lucia pozostała bez ruchu. On podszedł i wziął jej ręce.
— Bodziu! Skąd ty... tu?... — spytała z przerażeniem.