Waldemar uścisnął ją i oddał w ramiona zdumionego dziadka.
Pan Maciej nie pytał o nic. Głaskał wnuczkę po twarzy i po rozwianych włosach, patrzył jej w oczy, jakby chcąc się przekonać, że jest ta sama. Nie widział jej dawno i nie mógł się nią nacieszyć.
Dziewczyna z objęć dziadka rzuciła się w ramiona Waldemara, wypowiadając krótkie, urywane zdania, przeplatane płaczem i śmiechem.
— Gdzie zostawiłaś mamę? — spytał pan Maciej.
Lucia spochmurniała.
— Ja, dziadku, uciekłam. Z mamą pogniewałam się. Mama jest w Monte Carlo.
— I nie bałaś się sama jechać?...
— Cóż mi się mogło stać? Jestem dorosła. Ale wrażenia straszne. Już od granicy począwszy... Warszawa...
Nagle rzuciła się do Waldemara i chwytając go za ręce, zawołała z lękiem:
— Ależ tu... tu!... Te strzały... w Romnach!... Waldy! Jak to było?... To straszne!