— Co i kiedy między wami zaszło, nie wiem, ale sądzę, że w Głębowiczach na jesieni przekonałaś się, że ordynat... nigdy ciebie nie kochał. Odgadłem to po tobie i po wuju. Cierpiałem, bo chciałem dla was szczęścia. Ale cierpiałem stokroć więcej po otrzymaniu zawiadomienia o twym fatalnym ślubie. To mnie zdecydowało: moje zamiary stały się już niewzruszone. Jestem: i nie pozwalam! Brochwicza nie zaślubisz.
— Drażnisz mnie, mój drogi! Proszę, abyś nie interesował się mną. Co robię, to robię z rozmysłem.
— Ale ratunku pragniesz — rzekł Bodzio.
Lucia zrozumiała, że się wikła niepotrzebnie. Lęk się wzmógł.
— Czekałaś ocalenia. Lecz kto cię miał ratować?
— Nikt do tego nie ma prawa! — wybuchnęła nieszczerze, ale z rozpaczą.
Bohdan chwycił ją za dłonie, rozpalone jak płomienie.
— Ja mam prawo i wyzyskam je — rzekł z energią.
— Jakie... prawo?
— Bo cię kocham!