— Ty... mnie?!
— Tak.
Patrzyli na siebie prawie bez tchu. Bodzio był zmieszany i wzruszony. Fale uczuć przelatywały przez jego szczupłą, ale męską twarz.
— Czy to litość, czy sposób na zatrzymanie mnie od... fałszywego kroku? — spytała Lucia, cała drżąca.
Michorowski ręce jej ucałował. Głos mu się giął, gdy zaczął mówić:
— Luciu, wybacz mi nagłość wyznania. Kochałem cię od dawna, lecz nie było to jeszcze uczucie uwypuklone; nie pojmowałem sam siebie. Szczęście, które widziałaś w małżeństwie z ordynatem, chciałem ci uczynić realnym. Cierpiałem, że się łudzisz, ubolewałem nad tobą i nad nim. Bo widzisz: Waldemar Stefcię kochał prawdziwie, to była miłość wyjątkowa i trwała. Pozostała świętą. Ty tak nie kochałaś. Prawda?
Lucia zaczęła mrugać powiekami.
W duszy jej coś się łamało, coś zapadło w przestrzeń, z której spływał ciepły strumień ukojenia. Otucha wielka, nadzieja wszechwładna zakwitła nagle, owiała ją przepięknym ogniem szczęścia, niepojętego jeszcze, lecz już świtającego.
Szczęścia, że ocalenie przyszło.
Szczęścia, że kwiat życia nie zwiądł, ale może się rozwinąć.