Szczęścia, że przestraszająca ją mara nędzy przyszłego bytowania, nicości moralnej runęła zabita odwagą Bohdana.
Bodzio Luci zaimponował. Poddawała się pod jego władzę, w jej sercu wdzięczność dla niego rosła w uwielbienie.
On ją zaprowadził na kanapkę pod kwitnący rododendron, siedział obok niej i milczał. Odczuwał chwilę przełomową, której się w niej domyślał. Może i sam siebie badał do głębi, ale wyznania nie żałował.
Minęła długa godzina, zanim Lucia ocknęła się z oszołomienia, z burzy wzruszeń zwichrzonych, słodkich i niepokojących, z targaniny wahań, z nadziei promiennych, z odmętu poróżnionych ze sobą wyrzutów gorzkich i pragnień jaśniejszego istnienia.
Bohdan zbudził ją zapytaniem:
— Luciu, nie dałaś mi odpowiedzi. Powiedz: czy nie odnajdujesz różnicy pomiędzy miłością Waldemara dla Stefci a swoim do niego uczuciem?
Lucia spojrzała mu śmiało w oczy.
— Tak, on kochał inaczej. Ale i ja kochałam! Nie mówmy już o tym. Ty, Bodziu, również nie wyjaśniłeś mi... swego wyznania.
Bohdan się zarumienił.
— Przysięgam ci, że jechałem tu, powodowany tylko uczuciem brata dążącego na ratunek siostry. Gdy ujrzałem ciebie, przemówiła w mym sercu miłość, tłumiona dotychczas usilnie i... nierozwijana. Kocham cię, Luciu, ale chcę ciebie ocalić nie z powodu osobistych pragnień. Bądź rozumna i z Brochwiczem zerwij. Szkoda i ciebie, i jego.