Wtem za drzwiami rozległ się hałas i prędkie kroki. Do pokoju wpadł blady Jacenty, za nim strzelec Jur i młodszy pokojowiec. Wszyscy, spiorunowani wzrokiem ordynata, stanęli w miejscu i zaczęli cofać się w tył7. Ale pan Maciej krzyknął:
— Co się stało?!
Milczeli, lękając się odezwać.
Ordynat podszedł do nich.
— Albo zachowywać się spokojnie, albo już mówić! Co się stało?...
— W Szalach ograbiona kasa! Kasjer zabity; hrabstwo uciekli. W Ożarowie strajk; palą budynki hrabiego... bunt! — wyrecytował jednym tchem przerażony Jur.
— Jezus, Maria! — jęknął pan Maciej.
Ordynat wypchnął za drzwi służących i sam za nimi wyszedł.
— Uderzyć w dzwon pożarny! Niech straż rusza. Jeden pojedzie do Głębowicz po tamtą i romeńską. Ty, Jur: ani kroku z pałacu; masz być na rozkazy pana. Dla mnie siodłać konia. Żywo!
Wydał polecenie i sam wszedł do gabinetu.