Odrzekła szeptem:
— Czekaj na mnie: będę.
Bohdan pochwycił obie jej dłonie.
Gdy pałac pogrążył się w ciszy nocnej, młody człowiek zgasił światło, otworzył okno w swoim pokoju i czekał z drżeniem w sercu.
„Tylko tu przyjść może, skoro zrozumiała” — myślał.
Niepokój szarpał mu nerwy.
Przez okno wpływały szumy wiosennej nocy i zapachy wilgotne a delikatne z krzewów i sypiących się traw. Gdzieś w oddali rechotały żaby, księżyc majaczył słabo, blady, jakby powleczony srebrem. Cisza trwała poetyczna, rozpinająca na swych krosnach pajęczyny marzeń, tajemne westchnienia tęsknoty.
Rzewność sączyła się z mętnej pomroki nocnej, okadzonej wonią świeżej ziemi.
Przed północą zaszemrały w pokoju ciche kroki Luci.
Bohdan przyciągnął ją do otwartego okna.