— Przyszłaś?... Jesteś u mnie! Jakaś ty dobra! — szeptał szczęśliwy i całował jej ręce.
Lucia zawisła mu na ramieniu.
Bodzio, pomimo szarości w pokoju, ujrzał blisko siebie duże oczy dziewczyny, pałające i smutne.
— Luciu, ja wyjadę do Biało-Czerkas, ale... z tobą — szepnął, poruszony do głębi.
Ona potrząsnęła głową.
— To niemożliwe.
— Teraz będziesz ze mną duchem, w sercu cię powiozę, ale... ja przyjadę, by zabrać ciebie całą, swoją własność, już na zawsze. Boś ty moja. Wiódł nas do siebie taki bożek, którego nikt nie spostrzegał. Dotyk jego skrzydełek czułem dawno, teraz już i ty odczuwasz ten urok wszechpotężny. Bożek naszego przeznaczenia złączył nas i odkrywa przed nami szerokie horoskopy. Idźmy, Luciu, w ten wszechświat! Tyś moja, więc pójdziesz, iść musisz! Pragniemy tego wspólnie.
Lucia, drżąca, nie przeczyła. Cisza nieznana a poważna zapełniła całą jej istotę, unosząc w przestworza dobre i melodyjne. Z ustami blisko ust Bodzia przemówiła cichutko:
— Więc babcia nam wywróżyła: zaczynamy żyć; przeszłość była tylko prologiem. Więc my we dwoje...
— Będziemy wreszcie szczęśliwi — dokończył Bodzio. — Tobie, ukochana, chcę ofiarować to, czegoś w życiu nie zaznała. Idziesz ze mną: czy tak?