— Oto jest mój następca, przyszły ordynat Michorowski na Głębowiczach, obecny właściciel dóbr Biało-Czerkaskich. O ordynację, dziadziu, bądźmy więc spokojni.
W wielkiej ciszy, jaka zapadła po tych słowach niespodziewanych, rozległ się okrzyk Bohdana:
— Wuju?!...
Waldemar uścisnął młodzieńca i rzekł z uśmiechem dziwnie promiennym:
— No, chłopcze, nie miejże miny tak zdumionej. Do Biało-Czerkas pojedziesz nie jako administrator, ale jako właściciel. Biało-Czerkasy będą szkołą dla ciebie; dopiero tu rozpocznie się twa praca prawdziwa.
Bodzio przypadł do ramienia ordynata, ucałował je z uczuciem, z wybuchem szału.
Tchnął uczuciem szczęścia i porywem młodości.
Tego, co nań spadło, nie przewidywał w najśmielszych swych rojeniach.
Niespodzianka była zupełna i olbrzymia.
Ordynat odsunął go lekko od siebie, przyjrzał się jego twarzy rozjaśnionej.