— Ten twój wieczny spokój! Ta ironia!... — wołał z drażliwym smutkiem.
Waldemar wziął go za rękę i przemówił łagodnie. Jakieś wesele drgało w jego głosie.
— Nie, dziadziu, to nie ironia, to tylko odróżnienie pytań. Bo widzisz: ja pozostanę już i nadal, tak jak dziś, bez zmiany.
Mówiąc to, zadzwonił.
— Proś młodego pana — rzekł do kamerdynera.
Starzec patrzył na niego nieprzytomnie, z obwisłą dolną wargą.
Wszedł Bohdan.
— Wzywałeś mnie, wuju?...
Waldemar serdecznie spojrzał w poważną twarz kuzyna, wziął go za rękę i przyciągnął ku siebie:
Zwrócił się do starca.