— Podpalone... wszystkie rogi zajęte. Obcy ludzie... dowodzą agitatorzy!

— Wszystkie straże są?

— Tak, panie ordynacie2.

— Ratować domy robotników i służby; od fabryk odstąpić. Żywo!

— Młyny zgorzały. Ale spirytus, panie ordynacie!...

— Słuchać komendy! Ludzie ważniejsi. Na miejsce, Badowicz!

Głos brzmiał spokojnie, ale stanowczo.

W tej chwili właśnie pękł zbiornik alkoholu. Oślepiająca rakieta, piorunowym grzmotem cisnęła się pod różowy strop nieba i potoczyła z góry, warcząc przeraźliwie, wprost na ordynata.

Olbrzymi strzelec i dwaj inni gwałtownie odciągnęli karego wierzchowca daleko na stronę. Oniemieli z przestrachu, bladzi, wydali okropny okrzyk zgrozy.

— Panie ordynacie... dalej... dalej! Tu ogień dosięgnie!