— Dziękuję wam. Brunon i Jur do pożaru; ratować mieszkania! Pan do naczelnika straży na pomoc.

Łowczy Urbański skłonił się.

— Ale, panie ordynacie, samemu niebezpiecznie... obcy ludzie... bunt.

— Proszę być spokojnym.

Ordynat został sam. Silnie trzymał rozgorączkowanego konia, lecz Apollo walił kopytami, bryzgając błotem. Chrapał wściekle, przysiadał na tylnych nogach, z nozdrzy ział ogniem.

Spod czarnej czapki ordynata szare oczy błyszczały łuną pożaru. Brwi miał zmarszczone w gęsty łuk. Smagła, szczupła twarz zabarwiła się ogniście. Patrzył w rozpętaną przemoc ognia spokojniej od Apolla, tylko nozdrza grały mu prędko, podniecone wewnętrzną gorączką i swędem spalenizny.

„Co ja im zrobiłem?... Czy to zemsta? Za co?... — myślał poruszony. — Agitatorstwo... bunt... Więc fala przyszła i tu?!”

Uśmiech ironiczny błąkał się na jego ustach, przemknął po wydatnych rysach i zawieją sarkazmu omglił szare źrenice.

— Bydło! — wyrzuciły skrzywione wargi.

„A przecież mają naukę; daję im ją — myślał z goryczą. — Owczy pęd! I jeszcze słabe mózgi!