Niech się jaśnie wielmożny pan wystrzega, bo broń Boże nieszczęścia...”

I tak dalej, i dalej...

Brochwicz spojrzał na podpis.

„Gałkowski, leśniczy z Biało-Czerkas”.

Gorąco uderzyło na mózg Jerzego. Zmiął list machinalnie, spojrzał na skorupki filiżanki i na czarną plamę na terakocie posadzki. Duszność ogarnęła go tak silnie, że nie mógł pozostać na miejscu. Wstał i bez słowa podszedł do balustrady. Patrzył na dywany kwiatów, malujące się pięknymi wzorami w powodzi słońca, na bogactwo jesiennych barw wśród parkowych drzew, na brylantowe odpryski fontanny i wszędzie widział wielką odkrytą prawdę.

Już nie męczył się pytaniem: „kto jest ten drugi?”. Czuł szum w głowie i brakło mu oddechu.

Lucia powróciła na taras przebrana i z czerwonymi oczami. Była cicha, poważna, prawie surowa. Gdy na pożegnanie Brochwicz całował jej rękę, szepnęła cichutko:

— Niech mi pan wybaczy i zrozumie.

— Ja już... zrozumiałem — odrzekł Jerzy bezmiernie smutno. Zwarli się oczyma długo, uważnie. Lucia nie spuściła powiek, tylko róż ją oblał, zapłonęła. Odczuła, że Brochwicz odkrył prawdę.

— Ja pragnę szczęścia, pani, ale... dla każdego szczęście inaczej kwitnie — rzekł jeszcze.