— Nie pojedzie tam! Nie!
Z podniesioną głową weszła do pałacu.
Ordynat z Brochwiczem, jadąc, prawie nie mówili do siebie. Coś padło pomiędzy nich. W Głębowiczach już Brochwicz rzekł:
— Jutro cię pożegnam. Wyjeżdżam.
— Więc obaj myliliśmy się co do Luci — zagadnął Michorowski.
— Ja nie. Przeczułem dobrze. Kocha innego i... wiem kogo.
Ordynat nie podjął tej kwestii.
XI
Dęby wołyńskie, olbrzymy niebotyczne, trzęsły potwornymi głowami. One tylko zielone swe grzywy rozpościerały dumnie i butnie nad morzem rozhulanych po puszczy barw jesiennych.
Dęby wołyńskie parły do słońca całą siłą swych tęgich muskułów. Zaborcze swe ramiona wżerały pomiędzy gałęzie innych drzew, brały je pod siebie i znowu szły dalej, i znowu dławiły słabszych.