Lucia drgnęła. Odrzekła niecierpliwie:
— Nic; skończyłam.
— Bez nadziei?
— Bez żadnej! Mówmy o tobie, Waldy. Nie wyjeżdżaj teraz bez strzelca: dobrze?
— Za tydzień jadę do Biało-Czerkas.
— Waldy?
— Nic mi nie grozi. Do widzenia!
Błękitne oczy Luci zaszły łzami.
— Do widzenia, Waldy.
Powóz ruszył, ona zaś stała, oparta o filar z głuchym żalem w piersi, z piekącym bólem w sercu. Po jakimś czasie dłoń jej zacisnęła się stanowczo, zsunęły się groźne brwi i Lucia rzekła z mocą, pełnym głosem: