— Jak to nikt?... Mów! Była ona...
Zachłysnął się.
— Kto jeszcze jest z kobiet?... Ty jedna?...
— Ja jedna, Waldy.
Wpił w nią oczy tragiczne, niewierzące. Rozpacz w nich mignęła, nawet raptowny błysk wściekłości. Rękę Luci zgniótł, jakby nienawistnie i cisnął przez zęby:
— Ty jedna?... Lucia?
W okrzyku tym był zawód, była apatia i śmiertelna rezygnacja. A dla Luci upokorzeniem raniący policzek.
Łzy zalały jej twarz, padły na ręce i kołdrę Waldemara. Chciała odejść, ale przemogła obrazę duszy, stała cierpliwie ze spuszczonymi powiekami, jak martwa.
On puścił ją. Patrzył na łzy, znowu na nią, jeszcze raz nieufnie spojrzał dokoła, po czym zamknął oczy i pochylił głowę w bok.
— Będę spał, zostawcie mnie.