Zaśmiał się i znowu mówił, ku stałemu przerażeniu bruneta, który miał taką minę, jakby nie wiedział, czym się martwić: czy że młodzieniec nie chce się strzelać, czy że może się zastrzelić.
— Myśli pan, że ja palnąłbym sobie w łeb w parku? — mówił chłopak. — Ani trochę! Tu, w tej sali, przy samej rulecie... Co?! To byłby efekt szalony! Z parku zmietliby mnie stróże jak śmieć, nikt by nawet nie widział! Ale tu! O!! Wszystkie lady i misy by pomdlały. Moja krew padłaby na ruletę, splamiła złoto. Ehe! Może bym się przyczynił do oczyszczenia świata z tego plugastwa. Jak pan myśli: zamknęliby budę?
Brunet wzruszył ramionami.
— Pan głupstwa plecie zamiast myśleć poważnie. Sytuacja nader przykra.
Młodzieniec zdawał się nie słyszeć. Szedł za biegiem własnych myśli.
— Żałuję, że nie jestem taki głupi, żeby się strzelać. Zrobiłbym frajdę gazetom europejskim. Może i warto?...
Brunet powstał.
— Chodźmy do domu. Za dużo pan mówi.
— A cóż będę robił? Tylko głos mi pozostał, no, i kilka garniturów na zmianę. Siedź pan, trzeba się namyśleć.
— Nad czym!