— Mów ściśle, co i ile.
Bohdan rzucił się nerwowo.
— Ach! Nie pieniądze! To nie! To trzeba delikatnie. Ja ją kocham i żałuję. Może jakiś... klejnot... Poradź mi, wuju; tyś przecie praktyk.
— Najlepiej radź sobie sam. Żadnych zobowiązań nie robiłeś. Czy tak?
— No, kochamy się, zresztą ona nic ode mnie nigdy nie brała.
— Lecz w końcu zanieś jej to — rzekł ordynat, wyjmując z kieszeni gruby pakiet. Wręczył go Bohdanowi z uśmiechem.
— Tą pianą przykryj swoją Wenus, zobaczysz, będzie ci wdzięczna.
Bohdan ze zmarszczoną brwią liczył banknoty.
— To za dużo, wuju.
— Masz jej kupić klejnoty! Wybierz, kup i wówczas oddasz mi, co zostanie.