Gdy zamyślony mijał jedną z ławek, nagle stanął. Ujrzał siedzącego na niej Bohdana. Chłopak skulony opierał głowę na obu pięściach złożonych na lasce. Wyglądał jak kościany dziadek, w swym białym ubraniu i wtłoczonym na oczy kapeluszu. Szczupłość jego ciała w zgarbieniu całej postaci uwydatniała się plastycznie. Miał wygląd bardzo nieszczęśliwy.
Waldemar trącił go z lekka.
— Bohdan; co tobie?...
Chłopak podniósł głowę ociężale. Na długich rzęsach miał duże łzy, które nagle spłynęły mu na policzki.
— Bohdan!
Ordynat usiadł przy nim i serdecznie objął jego ramię.
— Co ci jest?... Cóż Anna?...
— Pożegnałem się, wuju. Ale i ona mnie kocha. Tak mi żal!
Prędko otarł chusteczką oczy i rzekł z gniewem:
— Zły byłem na wuja za tę kolię! Kupiłem piękną. Same brylanty, pyszna woda. Ale cóż, nie chciała! Rozpłakała się. Spazmy, że ją byle jak traktuję, że ona tylko z miłości... Biedaczka moja! Biedaczka!...