— No... ale w końcu: przyjęła kolię? — spytał ordynat.
— Przyjęła.
— To... bądź spokojny!
W głosie ordynata zadrgał żart.
Bohdan wstał.
— Wuj taki cynik, że... nie mogę!
— Poczekaj. Dokąd idziesz?
— Ochłonąć. Żal mnie dusi. Palnąłbym sobie w łeb.
Szerokimi krokami poszedł, świecąc w blasku księżyca jak cienki biały kwiat. Ordynat patrzył za nim. Żartobliwe iskierki w oczach zmieniły mu się w mgłę pobłażania.
„Zaczyna żyć” — pomyślał.