— Za co?
— Za... zmęczenie.
— Prędzej za to, że się wystraszyłem jak żak, co mi się nieczęsto zdarza.
— I cóż by mi się stało, gdybym spadła? Przeszłabym chrzest konnej jazdy.
— Pani jest jeszcze wielki dzieciak...
Nadjechała panna Rita, Trestka i masztalerze.
— Uf, mam tremę z powodu pani! — wołał młody hrabia. — Pędziliśmy tak, że ledwo żyję. Jeśli dostanę ataku sercowego, to będzie pani winna, tym bardziej że nie jestem tu potrzebny, jak widzę.
— Panie hrabio, zakończenie psuje efektowną całość — rzekła Stefcia z udaną powagą.
Panna Szeliżanka winszowała jej dzielnego trzymania się na koniu, po czym skręcili na pole do żniwiarzy.
Ogromny pas złotej pszenicy chylił się posłusznie przed żniwiarkami. Samowiązałki sunęły równo, wyrzucając gotowe snopki; dalej widniał rząd przegiętych dziewczyn i kobiet w kraśnych137 spódnicach i białych koszulach; sierpy migały w ich burakowych rękach; postępowały raźno naprzód z uznojonymi czołami, lecz pieśnią na ustach. Wielka praca rąk, mechanizm maszyn i bogate łany nadawały polu wygląd bardzo postępowy. Wozy długie, mocne, zaprzężone w rosłe, spasione konie, przeważnie gniadej maści, zabierały gotowe kopy, zwożąc je do stodół po folwarkach i do lokomobil138, młócących wśród pól. Fornale139, ogromne chłopy, w białych płóciennych ubiorach i słomkowych kapeluszach, mieli typowy wygląd tubylców.