— Wspaniałe! Prawda?
Stefcia, trochę zdziwiona, spojrzała na nią.
— Wspaniałe? — powtórzyła dziewczynka.
— Bardzo! — odparła Stefcia, czując się sama pod wpływem majestatu płynącego z zamku.
Lucia z rumieńcami na twarzy mocno ścisnęła rękę Stefci i zaczęła mówić przyciszonym głosem:
— Widzi pani, może i ja kiedyś będę miała taki zamek, takie salony, park i tarasy. Będę miała przepych, wspaniałą rezydencję, bogactwa i tytuły. Takie życie przeznaczone dla mnie, takie, a nie inne!
— Dlaczego to mówisz, Luciu? — spytała Stefcia, niemile tknięta wybuchem dziewczynki.
— Ja pani powiem! Oto przyszło mi na myśl, że tylko w naszej sferze mogę mieć to wszystko, ten cały przepych. A ja go tak lubię! Gdybym wyszła za Edmunda, nie miałabym setnej części tego, prawda? Jakiś tam skromny dworek o kilku pokojach, otoczony jaśminem, z nasturcją na klombach. Nie posiadałabym salonów ani sali portretowej... Bo cóż Prątniccy? Czy oni mogli mieć jakich przodków? Jak to dobrze, żem się urodziła w naszej sferze...
— O zapewne! — odrzekła Stefcia z goryczą. — Toteż Opatrzność czuwała nad nim i nad tobą.
— Nad nim?... Chyba tylko nade mną? Dla niego byłoby łaską Opatrzności, gdyby się ze mną ożenił.